zajrzał do wnętrza, pozostając na progu, gospodyni zawahała się. Diaz

policją w Los Angeles w sprawie, w której kluczową rolę odgrywa chewolet impala, rocznik
Zawahał się. Najchętniej powiedziałby, że nie, ale teraz postanowił grać w otwarte karty.
Inny sąsiad, trzy domy dalej, widział ciemnego pikapa, ale okazało się, że wóz należy do
– Witamy w domu – mruknął złośliwie. Postawił laskę przy drzwiach, rzucił torbę
pokoje. Salon wyglądał tak, jak go zapamiętała, wciąż unosił się w nim zapach róż, które ścięła i włożyła do wazonu na stoliku. Żadnych śladów krwi. Zaczęła się uspokajać. Dom wydawał się pusty. Zajrzała do pralni i do kuchni, gdzie przez okno wdzierało się poranne słońce. Wszystko było na swoim miejscu. Dziwne. Wszystko w porządku, poza tym, że sypialnia wygląda tak, jakby Charles Manson urządził sobie w niej przyjęcie. A ty w tym czasie spokojnie spałaś. Usłyszała głośne szczeknięcie. Oskar! Zobaczyła go przez okno w wykuszu. Rozczochrany kundel skrobał do drzwi. Poczuła niewysłowioną ulgę. - Jak się tam dostałeś? - łagodnie zbeształa pokracznego, terierowatego mieszańca, który stał na tylnych łapach i skrobał zawzięcie w szybę. To właśnie ten dźwięk słyszała wcześniej. Otworzyła drzwi i pies rzucił jej się w ramiona. Mierzwiąc szorstką łaciatą sierść, zastanawiała się, czy zostawiła go na dworze przez pomyłkę. Przyszła do domu, wypuściła psa, a potem, ponieważ wypiła jeden czy dwa drinki za dużo, poszła na górę i zapomniała o nim? Mało prawdopodobne. Tak samo jak to, że pocięła sobie nadgarstki i przeżyła najpotężniejszy w życiu krwotok z nosa. Wiesz, Caitlyn, Kelly może mieć rację. Tracisz kontrolę nad sobą. I to w zastraszającym tempie. - Co się stało w nocy? - zapytała Oskara. Otworzyła puszkę i gdy wykładała jedzenie do miski, psiak zaczął kręcić młynka. - Twoja radość z naszego spotkania nie jest nawet w połowie tak wielka jak moja - zapewniła go, stawiając miskę na podłodze. Wywijając nieprzytomnie ogonem, wpakował nos do miski. To pies Jamie, nazwany na cześć jej ulubieńca z Ulicy Sezamkowej. - Widzisz... wszystko w porządku - powiedziała, ale sama w to nie wierzyła. Zapach psiego żarcia przyprawił ją o skurcz żołądka. Zachwiała się. Co, u diabła, zrobiła zeszłej nocy? Skąd ta krew? Jej sypialnia wyglądała jak rzeźnia, a ona nie pamiętała nic, oprócz tego, że wieczorem poszła do baru. Jak on się nazywał? A tak, The Swamp. Długo siedziała przy stoliku, czekając na Kelly - swoją siostrę bliźniaczkę. Zauważyła, że barman od czasu do czasu spogląda na nią. Prawdopodobnie wydało mu się dziwne, że zamówiła dwa drinki - cosmopolitana dla siebie i wytrawne martini dla Kelly. W końcu sama je wypiła, kiedy Kelly, jak często się zdarzało, znów nie przyszła na spotkanie. Pamiętała jedynie, że opróżniła oba kieliszki, zjadła oliwki, a przedtem wyssała z nich paprykę, i to wszystko. Bardzo niewiele. Było głośno... głośna hiphopowa muzyka, a z drugiej strony odgłosy rozmów, śmiech gości i... Niczym ostrze rozcinające ciało przemknął jej przez głowę pewien obraz. Była w holu domu, który sama urządziła - na ścianach wisiały obrazy przedstawiające konie czystej krwi, na straży schodów stał zegar szafkowy. Kierując się ku otwartym drzwiom gabinetu, stukała obcasami po marmurowej podłodze. Zwabił ją tam dźwięk muzyki, łagodnej muzyki klasycznej. Zajrzała i zobaczyła męża, z którym była w separacji, patrzącego na nią niewidzącym wzrokiem. I kałużę krwi pod krzesłem przy biurku. Złapała głęboki oddech. Dlaczego myśli teraz o Joshu? Obraz jego białej, martwej twarzy znów przemknął jej przed oczami. Dlaczego wyobrażała go sobie martwego?
żeby ukryć uśmiech.
Ruszył do samochodu. Nie powiedział na głos tego, co oboje pomyśleli: zanim będzie za
okolicę rozjaśniały światła z wesołego miasteczka, a mgła spowijała wszystko niesamowitym
Yolanda była podobna do Jennifer... Nie, to się kupy nie trzyma.
zapyziałym SoCal Inn, idealnym miejscu na samobójstwo. Tani. Intymny. Z widokiem na
od dwunastu lat i do dzisiaj pamiętał, jak Hayes mu ją wcisnął.
Krzyki na pokładzie!
ich zerwanie nie należało do najłatwiejszych.
sprawdzają teraz w laboratorium: odciski, DNA...

używając listy we własnej obronie.

Klucze wysunęły się z jej dłoni, wpadły do klatki.
– Nie wiem.
A może poniosło go gdzie indziej?

Ale widział jedynie fale i skrawek plaży.

kilometrów kwadratowych pustkowi, na których katastrofy samolotu
Tłumaczył Milli zmieszany, ale śmiertelnie poważny, że dzieci płaczą,
przytulnie i to spodobało się Milli. Nie miała ochoty siedzieć tam

wiedział o ich pierwszym razie, na długo przed ślubem.

Chase poczuł znajomy ból. Poradził sobie z nim tak jak umiał. Wychylił drinka i nie odpowiedział. Nie chciał myśleć o tym, dlaczego Frank McKenzie porzucił rodzinę. Często się nad tym zastanawiał, tak samo jak
nie przyjdzie do knajpy Ostatecznie wchodziły tu tylko dziwki, no i
stracić ich obu w tak beznadziejny, okrutny sposób, bez pożegnania.